duch_akustronika

DRUŻYNA DRUHA WALDEMARA I WYPRAWA W POSZUKIWANIU PIERWSZEJ MIESIĄCZKI

2013/02/09

Duch – Akustronika

Nie będę ukrywał, że jest inaczej: Duch miał u mnie przejebane od momentu, w którym Akustronika wylądowała w moich katowskich łapach. Nic osobistego, w żadnym razie. Zespół własnoręcznie ukręcił na siebie bicz, z którego również grzechem, ale przede wszystkim żalem byłoby nie skorzystać – zwłaszcza, że album nie broni się kompletnie, a wręcz przeciwnie – nadstawia po chrześcijańsku do zlinczowania kolejne policzki.

Technicznie rzecz biorąc, nie da się wysłuchać płyty bez otwarcia pudełka. Oto moment, w przypadku Ducha, newralgiczny. We wnętrzu digipacka znajdujemy bowiem… manifest. Tak, manifest. Jak łatwo się domyślić, nie traktuje on o uwielbieniu członków zespołu do boczku wędzonego ani braterstwie krwi z drużyną Hutnika Kraków. Rzeczy mają znacznie poważniej i znacznie – dla Ducha – boleśniej. Zakasuję więc rękawy i zabieram się do krwawej roboty.

Moje brwi wędrują pytająco w górę szczerze zatroskanego czoła. TRZYMASZ W RĘCE PIERWSZĄ NA ŚWIECIE PŁYTĘ AKUSTRONICZNĄ!, krzyczy wołami wewnętrzna strona okładki. Na pierwszy rzut oka płyta wygląda zupełnie zwyczajnie, zaś do tego, jak brzmi, dopiero dojdziemy. Najpierw należy zjeść surówkę, potem ziemniaki. Najlepsze, czyli kotlet, na koniec. Na razie poznęcajmy się nad aspektami okołomuzycznymi. A jest nad czym, naprawdę.

Akustronika. Rozdział pierwszy, w którym dowiadujemy się, że tytuł płyty coś znaczy, a dokładnie: tyczy się zupełnie nowego, wynalezionego przez Ducha gatunku muzycznego – a więc akustroniki właśnie. OK. Połączmy fakty. Mamy przełom lat 2012 i 2013, początek XXI wieku, Kraków, Polska. Koniec czasów, koniec historii, wszystko już było. Bezużyteczna i pozbawiona odpowiedzi popkultura przeżuwa w kółko ten sam, niemiłosiernie złachany kęs konkretu, szydełkując bezradnymi oczami w stronę dubstepu, na którego pozorną świeżość zdążyli już zresztą polecieć niemal wszyscy wypaleni twórcy, od Madonny, poprzez Korn po – zapewne – Davida Hasselhoffa. W takiej oto dobie, w której znacznie łatwiej stworzyć coś dobrego niż nowego czy w jakikolwiek sposób świeżego, krakowski Duch umieszcza na swojej płycie odezwę do ludu pracującego miast i wsi, że właśnie Tego dokonał, trafił w dziesiątkę, strzelił gola na Wembley, przeskoczył rekina. Nie sposób nie zauważyć, że septet podkłada się w doprawdy kreskówkowym stylu. ‚I can fly’, woła Królik Bugs, wyskakuje przez okno, zawisa na parę sekund w powietrzu, aby runąć w dół niczym kawał chabaniny.

Należy dodać, że wspomniany manifest utrzymany jest w tonie przemowy zniechęconego nauczyciela fizyki do najcięższego klasowego głąba. ‚Nadrzędnym wyróżnikiem gatunku: akustronika jest kreacja struktur rezonansu właściwych instrumentowi elektrycznemu oraz elektronicznemu wyłącznie za pomocą rezonatorów organicznych’. Zanotowane, panie profesorze. Najwyraźniej przed przesłuchaniem płyty należy zaopatrzyć się w zeszyt szesnastokartkowy, a najlepiej ściągę. Na tym jednak nie koniec. ‚Teksty inspirowane są tomem Egdara Lee Mastersa River Anthology, wydanym po raz pierwszy w 1915 roku w Nowym Jorku. (…) Wykorzystano również miniaturę Stanisława Wyspiańskiego Jakżesz ja się uspokoję… oraz elementy naturalnego metajęzyka semantycznego Anny Wierzbickiej’. Studenteria. Odrażająca jak zawsze. Może jesteśmy jednak zbyt surowi? Życie. Duch po prostu chciał załatwić sobie Akustroniką zaliczenia na polonistyce, lingwistyce, akademii teatralnej i fizyce jednocześnie.

Osobna nagroda – lecz nie jest to bynajmniej aspekt tyczący się wyłącznie Ducha – należy się ludziom parającym się szeroko pojętą pracą kreatywną i podpisujących swoje dokonania dwoma imionami i nazwiskiem. Seriously? Przecież to pretensjonalne jak cholera. Tymczasem, Akustronikę sygnowało aż dwóch takich dżentelmenów – bo, nie wiedzieć czemu, częściej są to dżentelmenowie. Jakkolwiek jednak formę PIOTR ALEKSANDER NOWAK jestem w stanie jakoś wewnętrznie przezgrzytać – bo trudno nie zauważyć, że historia widziała już legiony, tabuny rozmaitych Piotrów Nowaków – o tyle dżentelmen STANISŁAW JAN KLEMENS SŁOWIŃSKI otrzymuje ode mnie niniejszym specjalną nagrodę: Burego Wała, przyznawanego corocznie za wybitne osiągnięcia w dziedzinie narcyzmu i pretensjonalności. Proszę, mogą Państwo robić zdjęcia. Bury Wał 2013 rozdany.

Jeśli potencjalny słuchacz przedostanie się jednak przez bagna pseudointelektualizmu i błota egocentryzmu, nie czeka go happy end. Płyta, poza tym, że niemożebnie słaba, jest równie nowatorska co para kaloszy z Kauflandu. Duch napina się do granic możliwości, żeby dostarczyć masom pracującym nieprzewidywalności i niepowtarzalności, brzmiąc w rezultacie jak wirtualny zlepek co uboższych ujawnień triphopowych z gotyckimi, nieprzetwarzalnymi odpadami organicznymi oraz muzycznym attitude Ewy Demarczyk. Przerażające? Zgadza się. W ucieczce z mrocznych Jaskiń Beznadziei nie pomaga bynajmniej dostojny i do granic urzygu poważny wokal Reginy Bogacz, wpompowujący do Akustroniki obszerne opary quasi-nastoletnich lamentów i harcersko-gimnazjalnego emo patosu. ‚Chciałam być dopasowana / Do tysięcy ludzkich myśli / Świecić nowym, mocnym blaskiem / Pożyczonej i lepszej twarzy’. Słońce wschodzi nad połoniną, łzy samoczynnie ciurkają po policzkach profana. ‚Coś dobrego czuć powinnam / Czuć coś nieobojętnego’. Ach, wewnętrzna pustka i emocjonalny niedorozwój. Czyż istnieje coś bardziej charyzmatycznego? Wzruszające przecież. To się leczy, wiecie? ‚I ty wygrałaś, ja przepadłam / W oczach świata ty żyjesz, ja jestem martwa’. Znamy, znamy. Zawsze byłaś inna, przewrotna i niewinna – i tak dalej. W wykonaniu Anji Orthodox trumienne lawiracje tego pokroju zawierały przynajmniej minimalną ilość dystansu i wdzięku, choć fakt, że śladową. Wieśniackość Closterkellera nie usprawiedliwia jednak wieśniackości Ducha. Wieś jest wsią, pensjonarstwo jest pensjonarstwem. Akustroniczne czy nie.

W ten oto sposób koleżanka Bogacz pracowicie niczym rumiana pszczółka uwija się pomiędzy ujawnieniami nastoletnio-depresyjnymi (Nasza Neny), bladolico-gotyckimi (Amelia G) oraz mnogością innych, niezgrabnych i komicznie harcerskich prób zaprezentowania świata z kobiecego punktu widzenia. Nie jest to oczywiście w żadnym momencie płyta kobieca, co najwyżej babska – a na ogół, jak wspomniałem, pensjonarsko-licealna. ‚Tak często wracałeś nocą / Trzaskały drzwi przerażone / I czajnik w popłochu drżący / Zbyt szybko gotował wodę’. Może wrzuty tego pokroju, generowane pompatycznym, zawieszonym głosem, odsyłające wprost do czarnych sukni i utkwionych w reflektorze załzawionych oczu podniecają widzów świnoujskiego FAMA lub Festiwalu Piosenki Aktorskiej we Wrocławiu; przyjmijmy jednak chociaż przez krótki moment, że wszyscy jesteśmy dorośli. ‚Są słowa których jej nie mówił / Wolał głaskać wciąż jej włosy / Lepiej było w ich świecie bez obcych i zazdrosnych spojrzeń’. Ha, nic z tego. Jednak nie jesteśmy. Powiedzmy to wprost: mamy tu do czynienia nie tylko z żenadą, ale żenadą infantylną. Pod słowami podpisała się wprawdzie – w większości – spółka koleżanek Błaszkowskiej i Bogacz, lecz z równym skutkiem mogła być to koleżanka Anne Shirley, znana w Odległym Królestwie Kotleta Schabowego jako Ania z Zielonego Wzgórza. Żadnych usprawiedliwień, żadnej litości. Duch najwyraźniej obrał sobie za target zażenowane i podekscytowane (‚eto kak tigra jobat: i smieszno i straszno’) własną pączkującą seksualnością widzki Ziarna, wzdychające pośród różowej pościeli w słonie do silnych ramion druha Waldemara.

Jako, iż nawet Beethoven nie uratowałby tej płyty w zastanych okolicznościach zawstydzonej przyrody, nie czyni tego naturalnie również szóstka podpisanych pod nią muzyków, ze wspomnianym laureatem Burego Wała 2013 – Stanisławem Janem Klemensem Słowińskim na czele. Duch postanowił zrealizować swoją chcicę na oryginalność wyjmując kabel z gniazdka prądowego i zastępując instrumentarium elektryczne akustycznym i tradycyjnym. W tym miejscu patent na nowatorstwo się kończy. Muzyka jest tak nudna, monotonna i powtarzalna, że z podobnym skutkiem mogłaby zostać zarejstrowana za pomocą odkurzaczy na wodę i szczotek do kibla. Gęśle, gusle, wiolonczela, altówka, skrzypce, kontrabas akustroniczny – bądźmy poważni i, raz jeszcze nawołuję, dorośli. Kogo to ma podniecić? Pierwsza płyta Kapeli Ze Wsi Warszawa wyszła 15 lat temu i tak, wtedy był to kawał szpanu. Wycieranie ust używaną chustką nie jest najhigieniczniejszym, a w kulturze europejskiej również najelegantszym z zachowań.

Brzmieniowo Duch, podzwaniając łańcuchem, błąka się w pomiędzy trzeciorzędnym triphopem (Amelia G, Siostra optyka) a przeciążałym, ostentacyjnie depresyjnym dubem (Najmłodsza, Sonia M), pozwalając sobie jednak na sporadyczne postoje nad JNEJS – Jeziorem Najchujowszej Elektroniki Jaką Słyszałeś (Miasto: epilog) czy pod ŚSKDPAE – Śmierdzącym Stuletnim Kompostem Drzewem Pseudo-Awangardowego Etno (On). Tak. Naprawdę nie jest łatwo. Akustronika jawi się autentycznym polem minowym, na którym na każdym kroku można przez nieuwagę stracić co potrzebniejszą część ciała. Jakby tego było mało, wynalazł Duch specyficzny sposób na udowodnienie swej nieobliczalności awangardyzmu. Polega on na niespodziewanych atakach chropowatych, ciężkich riffów wiolonczelowych. Patent ten odnaleźć można w paru miejscach płyty (Amelia G, On, Miasto: epilog), gdzie konsekwentnie nie szokuje, wywołując co najwyżej parsknięcia śmiechem. Oho. Chuj w bombki strzelił, druh się pogniewał, ogniska nie będzie.

W obliczu tak przejmującego pustkowia kreatywności, pomysłowości i – po prostu – dojrzałości, z niekłamaną łatwością na pierwszy plan wybijają się nieliczne, słuchalne fragmenty, do których zaliczyć należy: a) dość zgrabne – zwłaszcza w obliczu tego, co następuje później – otwierające Akustronikę Miasto: prolog, wyposażone w bardzo sympatyczną modulację rytmiczną na wysokości 3:38; b) pokojówkowego, ale atmosferycznego Doktora Sewera; c) transowy Mikromakrokosmos, przytomnie oparty na zapętlonej frazie ‚Migotanie / Przed oczami’. Na tym koniec. Lista mogła być dłuższa, jednak z sobie tylko znanych przyczyn Duch na wysokości drugiego tracku, Amelii G., na oczach wszystkich dokonuje mordu na własnym utworze, rozszarpując na strzępy całkiem przyjemny, przestrzenny motyw gitarowy za pomocą jednego ze wspomnianych przekomicznych ataków złej wiolonczeli. Cocteau Twins spotyka Apocalypticę na obozie harcerskim ZHP w Pieninach. Czuwaj.

Może sobie Duch produkować tyle żenującej muzyki własnej, ile tylko pragnie, jednak to, czego nasi harcerze-rycerze dopuścili się w Naszej Neny powinno być zwyczajnie karalne, jeśli nie prawnie, to zwyczajną lutą w ryj. Słucham i nie wierzę. W refrenie All mine jak żywe. Toczka w toczkę. Zwrotka została wprawdzie zagrana dla niepoznaki na dziesięć, ale TO? To już jest, kurwa, bezczelność. Jeśli w godzinie, w której Duch nagrywał Naszą Neny, w dalekim Bristolu Beth Gibbons nie dostała ataku wyrostka, a Geoff Barlow tajemniczej sraczki, to jest to ostateczny dowód na to, że populacja istot nadnaturalnych i sił wyższych we współczesnym nam świecie równa jest okrągłemu zeru. Pała została przegięta. Poza tradycyjnym wpierdolem wnoszę o zesłanie septetu na dożywotni weekend w wymarzonym Spoon River, które, tak jak zespół Duch, nie istnieje. Tam koledzy Nowak, Słowiński (Stanisław Jan Klemens), Dajcz, Madej, Machowski oraz koleżanki Bogacz, Błaszkowska i Orkisz będą mogły do woli chodzić przebrani w ciuchy zeszłego przed sześćdziesięcioma laty Egdara Lee Mastersa oraz lecieć w ślimaka z metajęzyczkiem z Anną Wierzbicką. Nara.

Oto i Akustronika, album zwracający się do słuchaczy jak do idiotów i w ten sam sposób ich traktujący. Być może ze stu kopii można zbudować fajny szałas, jeśli komuś naturalnie nie wstyd. Na pewno można dołączyć go do Filipinki, podrapać się nim po plecach lub wykopać w ziemi dołek. Co poza tym? Niewiele. Nie wiem, w jakim nakładzie Akustronikę wydano, ale było to straszliwe marnotrawstwo plastiku. Mam nadzieję, że kolejna płyta Ducha – bo to, obawiam się, nas nie ominie – ukaże się na jakimś bardziej praktycznym nośniku, który można będzie do czegoś wykorzystać. Chociażby na grzebieniach, papierze śniadaniowym lub patyczkach do uszu.

Powyższy tekst wyraża subiektywny osąd autora i nie jest tożsamy z oficjalnym stosunkiem Krakowskiej Sceny Muzycznej do komentowanego materiału.

krakowskascenamuzyczna.pl/zespoly/duch
myspace.com/duch7

Komentarze

Powered by Facebook Comments