12248625_1026200204068449_166723192_n

Dni spędzone w ciemnościach

2015/11/23

Polski black metal zatacza coraz szersze kręgi. Nie tylko pod względem zasięgu słuchaczy, ale również stylistycznych wycieczek. Jeszcze nieco ponad 10 lat temu śmiałe zapuszczanie się w nieprzewidywalne rejony i wymyślanie nowych sposobów na robienie hałasu było postrzegane przez fanów „smutnych pand” jako co najmniej nietakt. Dzisiaj niemal każdemu zespołowi ze starej gwardii towarzyszą nieobliczalni eksploratorzy ponurych dźwięków. Mimo że Blaze of Perdition do najstarszych grup parających się ekstremalnym metalem na naszym rodzimym poletku nie należy, to po pierwszym krążku zapisał się wśród klasyków gatunku. Ich ostatnie dzieło Near Death Revelations, mimo że bardziej różnorodne od wcześniejszych dokonań, cały czas podąża ścieżką wzorcowego black metalu. Nie zaszkodziło to jednak lublinianom w zaproszeniu na trasę dwóch zespołów, które pomysły na ekstremum w muzyce mają nieco bardziej liberalne.

MOANAA3.jpgNajmniej wspólnego z black metalem spośród trzech występujących tego dnia zespołów miała Moanaa. Mimo to pewnych inspiracji ekstremalnym graniem nie dało się w ich przypadku wykluczyć zupełnie. Szufladka post-metal, w której grupa z Bielsko-Białej została umieszczona, jak wiadomo nie od dzisiaj, kryje wiele znaczeń i inspiracji. W muzyce wykonywanej przez Moanaa nie brakuje inspiracji sludgem, post-hardcorem czy przestrzennym post-rockiem. Był to występ skupiony przede wszystkim na ciężarze. Niestety dosyć ograniczone warunki, w jakich przyszło im zagrać, spłyciły mniej surowe momenty w których grupa bardziej płynęła z prądem w duchu atmosferycznego i pięknego gitarowego grania.

MORDA12.jpgNa ostatnim koncercie na tej wyjątkowo intensywnej trasie, Mord’A’Stigmata przyszło zagrać w swoim rodzimym mieście. Jeśli ciążyła na nich presja, to poradzili sobie z nią doskonale. Pomimo scenicznego enigmatyzmu, atmosfera tworzona przez Mord’A’Stigmata jest zawsze do szpiku przeszywająca. Nie potrzebują ognia buchającego spod sceny ani czaszek kozłów walających się dookoła. Tajemniczość, przyciemnione światła i kaptury nasunięte na oczy muzyków dopełniają i budują nastrój niepokoju i poczucia nihilizmu, który jest nieodłączną częścią kompozycji grupy. Sprzyja temu przenoszenie akcentu z ciężaru na duszny nastrój, co dało się szczególnie odczuć na ostatnim mini-albumie kwartetu, Our Heart Slow Down. Tendencja ta jest również sukcesywnie przenoszona na koncertowe rytuały.

BLAZE-of-Perdition7.jpgBlaze of Perdition, choćby nawet chcieli, nie są w stanie uciec od skojarzeń z tragicznym wypadkiem, w którym uczestniczyli dwa lata temu. Tytuł ostatniego krążka lublinian, czyli Near Death Revelations, może świadczyć o tym, że mimo wszystko nie starają się odciąć zupełnie od tego tragicznego wydarzenia, który wywarł na nich niebagatelny wpływ. Spytajcie się jakiegokolwiek muzyka parającego się ekstremalną odmianą metalu o emocjonalny przekaz utworów, a mogę pójść o zakład, że odpowiedź większości z nich skoncentruje się na aspekcie wylewania z siebie mentalnego brudu i projektowania lęków. Blaze of Perdition mają ich wyjątkowo dużo. I być może zabrzmi to jak truizm, ale przetrwali bolesne dla całego zespołu wydarzenie, by podzielić się ponurymi wizjami z odbiorcami ich muzyki. Enigmatyczny Rattenkönig,  który zastępuje koncertowo Sonneillona, sprawdził się doskonale w swojej roli. Ukryty za maską i ubrany w długi płaszcz potęgował budowany przez grupę ezoteryczny wizerunek przeniknięty mistycyzmem. Pomimo dobrej kondycji muzyków Blaze of Perdition, prezentujących świetne Near Death Revelations, ich wierni fani wydawali się nie być do końca usatysfakcjonowani doborem utworów, wśród których zabrakło choćby wyczekiwanego Gospel of the Serpent’s Kin. Grupa odpokutowała jednak, grając na sam koniec klasyczne Królestwo Twoje.

BLAZE-of-Perdition2.jpgOprócz samej muzyki prezentowanej przez zespoły zebrane pod szyldem trasy Days of No Light, zaskoczył mnie sam klub, w którym przyszło im zagrać. Zaścianek bardziej niż z koncertów black metalowych znany jest z kameralnej atmosfery mniejszych i nie tak głośnych występów. Mimo to udało się ekipie nagłośnieniowej udźwignąć ciężar występu. A przygniótł on niejednego prawdziwego fana ekstremalnej muzyki. Żaden z zespołów, odprawiających rytuały tego wieczora, nie brał jeńców i przyjął energię i emocje, które płynęły w stronę sceny od publiczności, oddając im je z nawiązką.

Michał Smoll

więcej zdjęć z koncertu można obejrzeć tutaj.

Komentarze

Powered by Facebook Comments