KSM_logo_pelne_czarne

CINEMON REVISITED

2012/10/08

Cinemon – Three Days

Niezręcznie jest w tonie oceniającym wypowiadać się na temat jakości gotowania cioci / babci / żony brata. Niezręcznie jest rozstrzygać, kto jest lepszym kierowcą: stryj Stach czy wuj Zenon. Niezręcznie jest pisać o muzyce dobrych kolegów.

Dr. Egon Spengler: There’s definitely a ‘very slim’ chance we’ll survive.
Dr. Peter Venkman:  I love this plan! I’m excited to be a part of it! Let’s do it!

Zaciskam pięści i nadymam się, żeby niniejszy test nie zboczył w cieniste rejony porównań pomiędzy nowymstarym Cinemonem. Po pierwsze, Cinemon to Cinemon i kropka – tak samo, jak Queen + Paul Rodgers to Queen, a nie Queen’s Park Rangers, na dobre lub na złe. Po drugie, starego Cinemonu już nie ma, a jeśli czegoś nie ma, to nie należy się tym zajmować, jako jest wystarczająco dużo interesujących rzeczy, które, w przeciwieństwie do nich, są. Jak chociażby nowy Cinemon. Och, szlag by to. Get on with it.

Przemiany, ewolucje i deformacje Cinemonu na przestrzeni ostatnich lat to opowieść żywa i podrygująca. Dopływy i odpływy muzyków, szczególnie na stanowisku Senior Bass Player Specialist, kontrowersyjna adopcja klawiszowca, rozpączkowanie na Cinemon Trio i Cinemon Quartet, na którym to etapie trudno już było zachować jakąkolwiek orientację w dotyczących zespołu faktach podstawowych. Wreszcie, zimowy manifest o uśmierceniu obydwu mutacji, bezkompromisowym powrocie do brudnych, rock’n’rollowych korzeni, której katalizatorem miało być pozyskanie na wraże stanowisko znanego z Clock Machine Kuby Tracza.

Jak Rada Nadzorcza Cinemonu pomyślała, tak zrobiła, radykalnie wyjebując trzy czwarte dotychczasowego repertuaru jako niezdatny i przeterminowany, kierując następnie okręt na nieznane oceany Nowego i Surowego. Przed nami Three days, dziennik pokładowy tej wyprawy. Cała naprzód, yarr yarr. To poczytajmy.

Zacznijmy od oczywistej oczywistości, aby mieć ją z głowy. Gdzie, kurwa – pardon my french – jest Analog man? Gdzie jest samobieżny pancerny miazgatron, kawałek mocarny i anthem niemalże, który nuciłem sobie buntowniczo przed nosem podczas podróży stopem na trasie Kraków-Warszawa? Nie ma. Ach. Spoko. „Zrobiliśmy właśnie nowe Bullet with butterfly wings, ale nie wrzucimy go na płytę”. Luz. Siostro, moździerz.

Three days jest przede wszystkim manifestem. Nie przez brak Analog mana, ale również w związku z tym, jest niestety również manifestem nie w pełni uzbrojonym. Artyleria wypaliła, ale nie zrównała fortyfikacji wroga z ziemią. Nowy Cinemon, przepraszam, Cinemon, przykucnął gdzieś pomiędzy sabbathowym hardrockiem, whitestripesowym rock’n’rollem, glamem a… disco, radykalnie i zdecydowanie skręcając w kierunku struktur piosenkowych, melodyjnych refrenów i chórków, zestawionych w kontraście wobec kontrolowanie brudnego brzmienia i bardzo straightforward filozofią grania. Przyrządzony w ten sposób wywar działa i kopie. Ale.

Niedoskonałe jest przede wszystkim brzmienie albumu. Ja wiem, że garaż i brud, ale chwilami Three days brzmi po prostu źle. Nie ma dynamika ta muzyka (T.B.). Instrumenty brzmią sucho i wąsko. Płaska jest przede wszystkim gitara, operująca na bardzo ograniczonym zakresie brzmieniowym, na skutek czego w momentach przykurwu jawi się on jeno przykurwem na pół, no, trzy czwarte gwizdka. Czadowe granie bez czadu. Nie jest to jednak uwaga do całości albumu, bowiem utwory wyprodukowane są po prostu nierówno i podczas gdy takie Na na na zostawia na ryju autentyczny ślad glamowo-rockerskiego glana, otwierające płytę, być może nieco niefortunnie, Up In the skies jawi się jako brzmieniowa niedoróbka i bardziej znak zapytania niż wykrzyknik.

No właśnie, Na na na. Track, który do spółki z Analog man winien prowadzić Three days ku glorii, chwale, pożodze i grabieży. Oto bowiem dwa totalne bangery, na dźwięk których łeb samoczynnie zaczyna zamiatać włosami, a z głębi trzewi wyrywa się zduszone, zwierzęce yeah! Pod nieobecność starszego brata, zdecydowanie najlepsze na płycie Na na na jest niestety osamotnione. Dobry Barefoot, na którym spoczywa w tej sytuacji odpowiedzialność, wywiązuje się z zadań, ale nieco innych. Na płycie zespołu, określającego się jako rock’n’rollowy, jeden rozkurwiacz sufitów to po prostu mało. Nie zmienia to faktu, że Na na na zamiata radykalnie. Motoryka disco, hardrockowe brzmienie, świetne wykorzystanie chórków w bridge’u. Na wysokości 0:35 kubek z brązowym listkiem spada mi ze stołu. Jest cesarstwo.

Na na na dzielnie sekunduje Barefoot. Zimnofalowy bas Tracza stawia mocne fundamenty. Numer bez zaskoczeń, ale bardzo solidnie sunie naprzód niczym dobrze utrzymany EN57. Równocześnie, w Barefoot właśnie najklarowniej widać kolejny z niedostatków Three days, a więc – wokal. Michał Wójcik to nie Ian Gillian, czego nikt od niego nie wymaga, jako że jest przede wszystkim gitarzystą. Problem polega jednak na tym, że w starym Cinemonie (klaps) rola wokalu była znacznie mniejsza a całość brzmienia opierała się w osiemdziesięciu procentach na instrumentach. Na wysokości zjawiska klasyfikowanego przez historię jako Cinemon Quartet, dzięki partiom klawiszowym faktury dźwiękowe stały się na tyle rozbudowane – nie zawsze trafnie, ale jednak – że mógłby w zasadzie Wójcik spokojnie sobie pomrukiwać i szeleścić bez żadnej szkody dla efektu końcowego.

Nastały jednak ciepłe miesiące roku 2012 i sprawy mają się nieco inaczej. Cinemon wziął na warsztat formę piosenki w charakterze full time. Jest na Three days wiele, wiele miejsc, w których z utworów łypią dziury na przestrzał, których nawet uwijający się ze trzech Kuba Tracz, zbyt często pozostawiony samemu sobie, nie jest w stanie skutecznie załatać. Nowa muzyka Cinemonu spoczywa siłą rzeczy na instrumencie gardłowym Michała Wójcika, który wprawdzie nie zawodzi, ale punktów nie dodaje. Po prostu. Najjaskrawiej widać to właśnie we wspomnianym Barefoot, gdzie dusza by chciała, ale ciało wstrzymuje.

Cóż więcej? Wybór wspomnianego już Up In the skies na otwieracza albumu odbiera mu atut mocnego wejścia z przysłowiową pizdą oraz skazuje resztę płyty na mozolne odrabianie strat i zmazywanie wyjątkowo niepożądanego w rock’n’rollu tagu mild. Udaje się to, pomimo słabszych fragmentów – takich jak sabbathowy, lecz niekoniecznie zakorzeniony w złotych latach Tommy’ego Iommiego riff Three days czy Let’s dance, który de facto zaczyna być interesujący od 1:53, a więc od bezceremonialnego i intensywnie wypaśnego ataku pogujących kowbojów. Yarr.

Three days ma charakter. Bez wątpienia. Nie zawsze własny, autorski, ale ma. Zrebootowany Cinemon hartuje się zawzięcie, energicznie szuka fonicznej tożsamości i buduje – być może po raz pierwszy w swojej historii – własny styl. Moje członki wypełniają się płynną ciekawością. Dajecie, Panowie. Czekam. No.

Już?

Powyższy tekst wyraża subiektywny osąd autora i nie jest tożsamy z oficjalnym stosunkiem Krakowskiej Sceny Muzycznej do komentowanego materiału.

krakowskascenamuzyczna.pl/zespoly/cinemon/
POBIERZ: cinemon.pl/three-days-ep

Komentarze

Powered by Facebook Comments