AtI

Cinemon, After The Ice @ Rotunda

2012/04/01

9. marca b.r. w Klubie Rotunda wystąpił krakowski zespół Cinemon, promujący swoją najnowszą EPkę Three Days oraz brytyjski zespół After The Ice odbywający właśnie trasę koncertową po Polsce. Wyrazista gitara i minimalizm – tak w dwóch słowach mogę scharakteryzować charakter obu zespołów, a dla szerszego grona odbiorców najwłaściwsze będzie stwierdzenie, że reprezentują oni gatunek określany szeroko jako rock alternatywny.

Jako pierwszy na scenie pojawił się Cinemon. Zaczęli jak zawsze z „przytupem” i dużą energią, która udzielała się widowni przez cały koncert. Moje pierwsze wrażenie – mamy własnego krakowskiego Jacka White’a. Wiem, że niektórzy będą obrażeni za to porównanie, ponieważ Jack jest tylko jeden, jednak jeden jest również Michał Wójcik (wokal, gitara), a ja robię to nie bez powodu, bowiem można zauważyć dosyć mocne wpływy The White Stripes, choć na pewno nieobce jest chłopakom również brzmienie The Racounters.

Ledwo zaczęli grać, ja już wiedziałam, że warto było przyjść na koncert. Zespół na żywo wypada dużo lepiej niż na płycie, ponieważ dodatkowo mamy jeszcze wrażenia wzrokowe. Zawsze ceniłam śpiewających perkusistów, a Kuba Pałka – cóż za adekwatne nazwisko – nie dość, że jest takim właśnie, to jeszcze bardzo dobrze łączy oba pełnione w zespole zadania. Chłopaki śpiewając razem robią naprawdę mocne wrażenie. Moją uwagę przykuł również naturalny luz, z jakim podchodzi do gry basista Kuba Tracz. W jego rękach gitara basowa to narzędzie, nad którym całkowicie panuje i co najważniejsze – wydaje się, że nie sprawia mu to żadnych trudności.

W miarę trwania koncertu całkowicie poddałam się przyjemnemu mrowieniu, jakie wywoływały we mnie elektryzujące dźwięki gitary. Pomiędzy szybkimi utworami, do których fani (psychofani?) „bujali się” na środku sali, zespół serwował wolniejsze numery, dzięki którym można było trochę ochłonąć. Muzycy zaprezentowali utwory z EPki Three Days oraz kilka coverów, które spotkały się z entuzjastycznym przyjęciem.

Dystans, jaki do swojej twórczości ma Michał można było łatwo zauważyć po słowach, jakie kierował w kierunku widowni takich jak: „Gram zajebiście, ale strojenie mi nie wychodzi” czy . sformułowanie: „To nie był nasz utwór. A teraz będzie nasz, który jest prawie identyczny jak tamten”, który mnie osobiście rozbroił, a część fanek sprowokował do skandowania nazwy zespołu.

Na bis chłopcy zagrali dwa akustyczne kawałki, podczas których basista leniwie usiadł na skraju sceny i delikatnie muskał struny, a spoczywający na krześle Michał wprowadzał słuchaczy w kameralny nastrój łagodnym brzmieniem swego akustyka.

Moim zdaniem z takim brzmieniem zespół mógłby spokojnie grać na dużych festiwalach muzycznych, zaryzykuję nawet stwierdzenie, że Glastonbury by się za nich nie powstydziło. Muzyka Cinemonu potrzebuje przestrzeni, żeby można było dostrzec całkowity potencjał zespołu, który jest naprawdę duży – myślę, że przy sporej odrobinie szczęścia i promocji polscy hipsterzy mogą zyskać nowy obiekt nonszalanckiego kultu. Chociaż pewnie i tak już ich znają.

Kolejni na scenie pojawili się After The Ice. Powodem – moim zdaniem słusznej – decyzji After the Ice o zagraniu kilku koncertów w naszym kraju jest fakt, że ich perkusista Tomasz Stawarz jest Polakiem z pochodzenia. Muzycy zespołu przez niektórych określani jako „ludzie lasu”, dla mnie są typowymi przedstawicielami młodej brytyjskiej sceny muzycznej – z niedbałymi fryzurami i w obcisłych rurkach – stanowią świeży powiew powietrza znad Wysp, który został bardzo ciepło przyjęty przez krakowską publiczność.

Bardzo ciężko porównać brzmienie chłopaków do jakiegokolwiek innego zespołu, mnie na myśl przychodzi New Young Pony Club, tylko nieco mocniejsze, bardziej melancholijne i w męskim wydaniu. Jednak to nie to. Może Kings Of Leon? Na pewno nie wokalnie. Najbardziej chyba ich muzyka przypomina mi The Killers, choć i to nie wydaje się do końca słusznym porównaniem.

Swój występ zespół rozpoczął szybkim utworem, podczas którego można było delektować się przyjemnie nerwowymi riffami wokalisty. Potem było ich już tylko więcej i więcej. Wokalista Paul Lisak wywijał gitarą na prawo i lewo dając upust drzemiącemu w nim artyzmowi, a basista Hamzah Bashir-Khan szelmowskim wzrokiem zerkał na publikę zza opadającej na oczy przydługiej, ciemnej grzywki. Zainteresowanie wzbudził jego futrzasty pas do gitary, który rozczulił żeńską część publiczności.

Na początku mocno energetyczny koncert po pewnym czasie nieco mnie znużył i chyba nie tylko mnie, bo również widzowie z pozycji stojącej przeszli do siedzącej. Po kilku szybkich numerach pojawiły się wolniejsze, niektóre wydłużone o zamierzone lub nie improwizacje P. Lisaka. Najlepszym wg mnie momentem był ten, gdy w jednym z ostatnich utworów muzycy znacznie zwolnili jego tempo i rozpoczęli improwizację, żywcem wyjętą z bluesowego jamu. W kilku momentach miałam również wrażenie, że obserwuję występ prog-rockowego zespołu z lat 70. Jak widać After the Ice ma wiele twarzy.

Pod koniec występu widownia ożywiła się i energicznie biła brawo. Zespół zagrał bis i bynajmniej nie był to „solo bas, solo bas!”, jak domagali się fani, ale satysfakcjonujący popis umiejętności wokalisty/gitarzysty.

Podsumowując, uważam koncert Cinemonu i After the Ice za udany, choć żałuję, że sala nie była pełna, co na pewno zintensyfikowałoby odbiór całości. Cieszy jednak to co mogłam zobaczyć – świetny miejscowy zespół na światowym poziomie oraz odwiedzający nas brytyjski skład, wprowadzający powiew świeżości do tego, co na co dzień jest nam dane usłyszeć na żywo.

Justyna Probola

Komentarze

Powered by Facebook Comments