southerndiscomfort11

Będzie ostre manto… czyli parę słów o Southern Discomfort

2013/02/20

Southern Discomfort #11Już w niedzielę 24 lutego w Kawiarni Naukowej na Szerokiej jedenasta odsłona cyklicznej imprezy Southern Discomfort. O tym, jak to było, jest i będzie (zwłaszcza w najbliższą niedzielę) z tą wyjątkową inicjatywą wielbicieli ekstremalnych brzmień opowiada Andrzej Nowak a.k.a. Jim Best – inicjator i organizator wydarzenia.

Więcej o koncercie: SOUTHERN DISCOMFORT #11: OUR CEASING VOICE + FLESHWORLD + SILENCE TRANCEPORT + COFFINFISH

KSM: Skąd pomysł na taką inicjatywę?

Jim Best: Pomysł był bardzo prosty i cała inicjatywa urosła właściwie dzięki egoizmowi. Po prostu brakowało mi koncertów kapel które lubię, więc postanowiłem sam je sobie zorganizować. Pomyśl, masz na przykład urodziny, robisz koncert i zapraszasz swoje ulubione bandy żeby z nimi zagrać, wpada ze 120 osób i ładnie się bawi. Czad!

KSM: Można byłoby powiedzieć, że Southern Discomfort łączy z Krakowską Sceną Muzyczną ta sama misja, tyle, że Ty skupiłeś się na promowaniu kapel z całej Polski. Myślisz, że ogarnianie całego kraju przyniesie większe plony niż np. z województwa czy miasta?

JB: Zdecydowanie tak, chociaż nie chodzi o wcale o jakieś „plony”. KSM promuje kapele związane ze sobą pod względem miejsca, co oczywiście jest słuszne i dobre, ale mnie chodzi o coś innego. Staram się zajmować zespołami które łączy wspólny styl lub raczej baza stylów. Próbuję konsolidować scenę alternatywną, a właściwie alternatywną scenę sceny alternatywnej w Polsce – nie scenę muzyczną Krakowa, na której jest też tona badziewia i dziadostwa które mnie nie interesuje.

KSM: Czemu zdecydowałeś się promować muzykę, jak sam mówisz, „ciężką, niełatwą i nieprzyjemną”?

1

JB: Dlatego, że muzyki lekkiej, łatwej i przyjemnej jest wszędzie pełno. Są ludzie którzy oczekują od muzyki przeżyć nieco głębszych niż kolejna piosenka o tym, że się zakochałem w Marzence. Tylko nie zrozum mnie źle, też nie próbuję się nadymać jakimś patosem i artyzmem. David Lynch powiedział kiedyś, że wcale nie trzeba być ponurym gościem, żeby lubić i robić ponure i trudne rzeczy. Ja chyba nie jestem ponurakiem, przynajmniej staram się nim nie być, po prostu kręci mnie takie granie. Zresztą pojawiają się u mnie też bardziej „pozytywne” ekipy. Tak jak mówiłem, chodzi głównie o to, że kapele które zapraszam funkcjonują u nas gdzieś z boku nawet tej alternatywnej niszy. Chodzi o inność.

KSM: Nieco ponad rok temu odbył się pierwszy koncert pod szyldem Southern Discomfort. Czy dużo się od tego czasu zmieniło?

JB: Zmieniło się MNÓSTWO. Na początku myślałem, ze zrobię 5-6 koncertów i nie będzie kto miał grać na następnych edycjach. A tu bum! Zaczęli pisać ludzie, zaczęły powstawać nowe zespoły, nowe ekipy w innych miastach (pozdrawiam Warszawę, Wrocław i Gdynię!), poznałem fantastycznych przyjaciół, staram się ściągać ciekawsze, „większe” zespoły i umożliwiać kapelom od nas granie z nimi. Nigdy w życiu bym nie pomyślał, że tak się to wszystko fajnie rozbuja. Jest zajebiście i nadal po prostu świetnie się tym bawię.

KSM: Bywa tak, że ściągasz różne kapele z całego świata (Francja, Austria itd.). Masz z tego jakieś profity? Czy działa to na zasadzie wymiany? „My gościmy was w Polsce, a wy nas zabieracie do siebie”?

JB: Nie. Nie robię tego dla profitów. Na takich koncertach nie zarabia się siana, a jak ktoś zaczyna próbować kombinować, to szybko zjedzie do boksu. Jak zostanie mi po rozliczeniu kosztów tyle, żeby móc wypić po koncercie parę piw i zjeść pizzę, to jest bardzo dobrze. Jasne, kontakty w Polsce i za granicą się przydają – ogarniam europejską trasę dla swojej kapeli na jesień, no i po prostu mam już do kogo napisać. Ale nie robię SD dla żadnych wymiernych lub niewymiernych zysków. Robię to, bo czerpię z tego przyjemność i czerpię jeszcze większą przyjemność z tego, że ktoś czerpie przyjemność z tego co robię. Największe i najważniejsze profity dla mnie z robienia tych imprez to poznawanie zajebistych ludzi i zapewnianie im rozrywki oraz muzyka, muzyka i jeszcze raz zajebista muzyka na żywo. Pozytywne opinie, przybite piątki są ważniejsze niż kasa, a jak jesteś w porządku to ludzie się odwdzięczą kiedy będziesz potrzebował pomocy.

fot. Rafał Majewski

KSM: Według statystyk na facebooku SD cieszy się dużym powodzeniem. A jak jest naprawdę?

JB: No cóż… Tak jest naprawdę. Ludzie słuchający takiej muzyki jak ja są z reguły dość „zdyscyplinowani”. Potrzebują takiego grania, a takich koncertów nie ma u nas dużo, więc po prostu na nie chodzą. Poza tym myślę, że atmosfera na SD jest specyficzna. Taka, hmm… ziomalska i luźna. Ktoś jeszcze może pamiętać, jak to wyglądało na hardcore’owych gigach 8-10 lat temu. Przychodziło się do klubu, przybijało grabę z połową sali… To było fajne, tego mi brakowało. Staram się nie izolować i sprawić, by na Southern Discomfort każdy mógł się poczuć jak u siebie – to zwyczajnie procentuje.

KSM: Co będzie z Southern Discomfort za 10 lat?

JB: Za 10 lat..? Nie wiem co będzie ze mną w przyszły piątek, a co dopiero za taki szmat czasu. Mam nadzieję, że za 10 lat będę miał dalej energię i środki, by moc robić to co chcę tak jak chcę a życie nie przemieli mnie na mączkę. Życie bez pasji jest gorzkie jak gówno.

KSM: Jeśli chodzi o zespoły, masz jakichś swoich faworytów? Stałych bywalców, przyjaciół, którym wróżysz większy sukces?

JB: Jasne, mógłbym o tym długo pisać, więc skupię się na lokalnych. Jest Fleshworld, który obecnie przechodzi zmiany w składzie, Purplehaze Ensemble, które brzmi teraz jak nieślubne dziecko Down, Alice in Chains i Deftones, jest Lublin, zatem Dopelord, Major Kong – doomowe mięso, jest Belzebong którego nikomu nie trzeba chyba reklamować, Sosnowiec czyli potężne Thaw i ARRM, wrocławska O.D.R.A i Entropia z nową płytą… Ja udzielam się teraz w blackowym Outre, są też młode fajne chłopaki z Inverted Mind, Moanaa z Bielska, Gallileous w nowej odsłonie z Pawełkiem na wokalu, Sautrus z Wybrzeża, 71 Ton Man, Weedpecker, Gentle Art of Cooking People, zajebista ekipa z krakowskiego Outfight, która znowu zadowoli pewnie fanów Down czy Lamb of God, jest Sundance, jest Cinemon. Industrialno-zryty Lifeporn montuje materiał na pełny set, wraca Mord’a’Stigmata, Palm Desert, Ketha, Satellite Beaver, kapitalny krakowski Coffinfish, Silence Tranceport ze śląska, słyszałem coś o nowym projekcie Green Giant… No i oczywiście last but not least, kochani chłopcy z Vagitarians i Everyday Frustrations. Zobacz, jest już trochę tych kapel, nie? Wszystkie polecam i wszystkie warto zbadać, mam tylko nadzieję, że nikogo nie pominąłem…  Liczę, że wszystkie kapele które u nas grają lub grały odniosą taki sukces jakiego sobie życzą. To wszystko są zajebiści, fantastyczni ludzie wypełnieni po brzegi pasją i zasługują na ogromny szacunek…

KSM: Jak to było i jest z patronatami, z knajpami, gdzie organizujesz koncerty i całą otoczkę? Wszyscy od razu zgodzili się na współpracę, czy trzeba było tłumaczyć i przekonywać, że to co robisz, jest naprawdę dobre? Masz jakąś stałą ekipę, która z Tobą współpracuje i Cię wspiera?

fot. Rafał MajewskiJB: Jest różnie. Zrobiłem już parę tych imprez i mam bardzo różne doświadczenia we współpracy z portalami, mediami itd. Niestety ludzie niechętnie wykładają pieniądze na robienie takich imprez. Sponsorzy wolą sztucznie pompować jakieś gówna, vide: IRA, DŻEM czy co tam jeszcze. Wcale nie płaczę jakoś bardzo z tego powodu, po prostu trochę mnie to śmieszy. Często jakieś instytucje patronujące tak naprawdę gówno robią żeby wypromować imprezę, ale wychodzę z założenia, że jeśli dzięki informacji na jakimś blogu przyjdzie choćby jedna dodatkowa osoba, to warto. W tym miejscu największe podziękowania należą się dwóm osobom: Marcinowi Mythrone – totalnemu wariatowi, który od lat promuje zajebistą muzykę kompletnie dla idei i robi to naprawdę świetnie oraz Rafałowi Zygielowi z Antyradia który jest z nami właściwie od początku i pomaga promować PRAWDZIWĄ polską kulturę niezależną.

KSM: W tym tygodniu czeka nas kolejna odsłona Twojej inicjatywy. Czego możemy się spodziewać?

JB: Trzy słowa: OUR CEASING VOICE. Fantastyczna kapela z Austrii, post-rock/shoegaze na najwyższym poziomie. Kolesie mają stroboskopy, grają smyczkami, do tego pojawiają się wokale jak w jakiejś nowszej Anathemie. Słyszałem ich na żywo 3 lata temu i wyszedłem z klubu na nogach z waty. Do tego mój ostatni koncert w roli wokalisty Fleshworld i dwa dosyć świeże twory czyli Silence Tranceport, Ślązacy grający bardzo ciekawą i taką stosunkowo „liryczną” mieszankę; oraz Coffinfish z Krakowa – post metal z wokalistą który mógłby spokojnie wskoczyć na zastępstwo do Neurosis. Zapraszam na imprezę, będzie ostre manto. Trzeba w końcu obudzić tego misia z zimowego snu i niech się kręci!

Komentarze

Powered by Facebook Comments