Fortified+Vol+2+fortified_net

Fortified vol. 2 @ Forty Kleparz

2012/05/16

Sobota była słoneczna. Trzydzieści parę stopni w cieniu, a mamy przecież kwiecień. Z niecierpliwością wyczekiwałem wieczoru choć nie ze względu na temperaturę, wcale nie aż tak dokuczliwą – wszakże to pierwsze, długo wyczekiwane upały. Niemniej, tym przyjemniej było zajść w spowite mrokiem, chłodne wnętrza Fortów Kleparz.

Forty miałem okazję po raz pierwszy odwiedzić zaledwie trzy dni wcześniej podczas Antyfestu – rockowego święta Antyradia. Jednak impreza, która lada moment miała się rozpocząć była, jak się okazało, zgoła odmienną okazją. W oczekiwaniu na rozwój wydarzeń zasiadłem w towarzystwie kobiet, whisky i kuszącego zapachu grillowanych zwierząt. Rozwojem zajął się Thymn Chase – klawiszowiec i wokalista Don’t Ask Smingus, animator inicjatywy Loose Wired, słowem – osoba stojąca za drugą odsłoną Fortified, sobotniego wydarzenia, którego nazwę w próbie budowania dramaturgii ukrywałem tak długo. Zaprosił on, Thymn, zgromadzoną na dziedzińcu publiczność do przejścia do odległej sali mieszczącej tak zwaną małą scenę, na której czekali już muzycy zespołu mającego otworzyć wieczór – Oh Ohio.

Garstka obecnych osób zajęła miejsca (stojące). Pokrótkiej zapowiedzi Thymna, gdy ustały brawa, serdeczne śmiechy i chrząkania zapadła cisza, którą po chwili, delikatnie i z pewną nieśmiałością, rozłamały pierwsze dźwięki gitary Wojtka Żurka i głosu Magdaleny Nowety.

Oh Ohio w wersji na żywo to duet, z wszystkimi tego konsekwencjami. Duet grający ciszą, subtelnością, klimatem, pozostawiający wiele niedopowiedzeń, wymagający skupienia, zamkniętych oczu. Czarujący i uwodzący – prostotą, naiwnością, kruchością. Słowem – muzyka to raczej sypialniana (ew. salonowa – o ile w salonie panuje półmrok i czuć zapach lata) i jako taka, spotyka się z wieloma trudnościami przy wykonaniu na żywo. Zarówno przed zespołem jak i przed publicznością stoi niełatwe zadanie odtworzenia i zatopienia się w intymności. Czy taka próba może udać się w zimnych fortach?

Oh Ohio to twór bardzo świeży – co w sobotę było widać, słychać i czuć. Ma to, rzecz jasna, swoje dobre i złe strony. Trudno w takiej sytuacji o zblazowanie i rutynę. W zamian dostajemy budzącą uśmiech ciepłą otwartość, tak ważną przy „sypialnianej” muzyce. Niestety „w pakiecie” dostajemy też niepewność i niedoskonałości, które z kolei łatwo wytrącają ze stanu „suspension of disbelief”. Dostajemy szczere i proste, przez co nieco niezręczne aranże. Dostajemy…każdy to, na co zasłużył.

Z pewną obawą piszę te słowa (delikatnej jednakowoż) krytyki pod adresem ulotnego duetu. Ze strachem, że połamią one kruchości, że nadwerężą delikatności muzyki Magdy i Wojtka – jest ona bowiem AŻ tak wątła. Nie mogę jednak oprzeć się wrażeniu, że prezentowanie takiej twórczości wymaga od zespołu ogromnej charyzmy, uczucia, w żadnym wypadku nieprzeliczalnego na „poprawnie” zagrane nuty. Wymaga magicznej (w końcu użyłem tego słowa), niezbadanej umiejętności skoczenia w czarną, letnią otchłań i zabrania kilkunastu osób ze sobą. Chcę wierzyć w to, że kwestią czasu jest by Oh Ohio zebrało własnych, wiernych słuchaczy, których na zawołanie wprowadzać będzie w taki stan odrealnienia. Z obserwacji wynika jednak, że mimo braw, dobrego nastroju i uśmiechów – większość publiczności pozostała przed sceną.

Ciężko brutalnie przejść z tak górnolotnych, eterycznych opisów do podziemnej rzeczywistości Fortów. Jednak występ Oh Ohio już się skończył (można było poznać po głośnym klaskaniu – nie głaskaniu!). Ja, w oczekiwaniu na kolejny duet tego wieczoru zdążyłem odpocząć przy jeszcze jednej whisky (choć nie dałem skusić się na grilla). Nie było mi dane długo czekać. Na tej samej „małej scenie” pojawili się Philip Soanes i Eryk Czarniecki – czyli See-Saw.
Zespół ten znam, miałem okazję słyszeć ich przynajmniej dwukrotnie. Wiedziałem czego się spodziewać, a sobotni występ pod żadnym względem mnie nie zaskoczył. To bynajmniej nie źle. Wręcz przeciwnie!

Z pewnym zażenowaniem grafomana zauważyłem, że wszystkie „eteryczne” przymiotniki zużyłem już kilka akapitów wyżej. Jednak ciężko będzie mi pisać o występie See-Saw za pomocą innych słów. Muszę więc powtórzyć: delikatność, kruchość, intymność…Dokładnie tak właśnie jest. W muzyce Oh Ohio i See-Saw można znaleźć mnóstwo podobieństw, które opisać można ww. przymiotnikami. Można – na szczęście – znaleźć również wiele różnic.

Pierwsza, oczywista, to głos męski, zamiast żeńskiego. Zamiast rachitycznej, wichrowej małej dziewczynki, dostajemy mimo że bardzo „rozbieganego”, skromnego, niezbyt przebojowego (i to nie jest krytyka!) to jednak faceta. Już ten szczegół powoduje znaczącą zmianę klimatu. Zmienia się on też dzięki barwom: o ile obie muzyki to niechybnie jesień, w przypadku Oh Ohio są to tonacje raczej listopadowe; w See-Saw świeci ciepłe, wrześniowe słońce, a przez okno widać brązowiące się liście.

See-Saw ma już pewne (nawet jeśli niezbyt wielkie) doświadczenie sceniczne. Powoduje to mniejszą nieśmiałość, za czym idzie większe natężenie dźwięku – jest głośniej, pełniej. Brzmienia gitar uzupełniają „cymbałki” znienacka wydobywane przez Philipa. W jednym bodaj utworze Eryk towarzyszy wokalnie koledze. Wszystko to sprawia, że występ See-Saw może być odebrany jako bardziej absorbujący i jako takiemu nieco łatwiej mu zabrać publiczność „na przejażdżkę”.

Bardziej interesująco jest też w warstwie tekstowej. Mimo że docierają do mnie jedynie skrawki, momentalnie stają mi przed oczyma obrazy – byłem, widziałem, przeżyłem. Teksty są bardziej zróżnicowane. Zamiast oscylowania wokół pojedynczych zwrotów czy słów pojawia się trochę bardziej skomplikowana narracja (przy czym jest to raczej stwierdzenie faktu, niż ukryty zarzut w kierunku Oh Ohio – głosy, które potrafią zaśpiewać banalne „I love you so” tak że ciary przechodzą, podziwiam najbardziej; Magda była BARDZO blisko).

Przed samym zakończeniem, usłyszeliśmy nowy, częściowo improwizowany jeszcze utwór, którego nieprzewidziane losy wzbudziły szczerą radość wśród muzyków oraz publiczności. I tak nieco uogólniając można podsumować występ See-Saw: ciepłe, zwiewne piosenki, chwytające za serce prostotą i pewną naiwnością. Przejażdżka w słoneczny, wrześniowy dzień dobiegła jednak końca. Za rogiem kolejny zespół (tym razem już na „dużej scenie”) oraz – a jakże – kolejna whisky…

Don’t Ask Smingus to marka znana i uznana na krakowskiej scenie. Działają tutaj od kilku lat, wydali dwie płyty, nagrywali w jednych z najlepszych studiów krakowskich, koncertowali w kraju i zagranicą. Ot, typowy duży mały zespół (wiecie, już dawno nie amatorski, a jeszcze nie z telewizji…). Nie bójmy się zatem powiedzieć – to Śmingus był gwiazdą tego wieczoru. Muzycy absolutnie profesjonalnie przygotowani do koncertu: sprzętowo, mentalnie, muzycznie…

Występ kwintetu był logiczną kontynuacją preludium zaserwowanego przez oba urocze duety. Pozostając w podobnych obszarach delikatności zabrał publiczność w zupełnie nową podróż muzyczną różniącą się poza dominującą melancholią, wszystkim. I tak oto wieczór nabrał konkretnych kształtów, rytmów, ram.

Śmingus zaprezentował miks utworów starszych i nowszych, z lekką przewagą tych drugich. Dla tych z Was, którzy nie wiedzą gdzie leży granica – znajduje się ona między akustyczną piosenką zbudowaną wokół głosu Davida Molusa, a transowym, kosmicznym odlotem z głosem Davida niejako w tle. To granica wyraźna. Nawet jeśli w skali mikro, ale potrafi już spolaryzować publiczność na miłośników „starego” i „nowego Smingusa”. Jej odważne i zdecydowanie przekroczenie pozwala muzyce zespołu na wyskoczenie z szuflady rzewnych, mniej lub bardziej bluesowych piosenek z zawodzącym wokalem (choć żeby było jasne – w szufladzie tej Śmingus BYŁ mistrzem, a niektóre „standardy” to gwarantowana gęsia skórka!).

Z drugiej strony jest to granica na tyle płynna, że zespół nie odcina się drastycznie od bardzo sensownego przecież dorobku, a raczej robiąc lekki skok w bok (czy w przód?) zabiera nas w odrębne – bardziej hipnotyczne i przestrzenne – zakamarki melancholii. Niesamowitym uczuciem jest bycie świadkiem tej metamorfozy, konsekwentnej i naturalnej, a jednak wystarczająco szybkiej by zaobserwować ją w ciągu zaledwie kilku miesięcy.

Jeśli ktoś ma wątpliwości to uspokajam: nowy materiał też ma swoje hity. Takim właśnie „crowd pleaserem” Don’t Ask Smingus, we wtóry z publicznością, zakończył występ. Jeszcze kilkanaście sekund po ukłonach z ust słuchaczy (w tym i recenzenta) można było słyszeć charakterystyczną melodię…

Mimo bardzo dobrego występu pozostał pewien niedosyt (nie chodzi o WHISKY!). Być może jest to kwestia odnalezienia się, upewnienia się w nowym repertuarze – w całkiem nowym przecież świecie. Nie zupełnie mogąc rozstrzygnąć czy uwaga ta tyczy się bardziej mnie samego czy zespołu, w oczekiwaniu na ostatniego wykonawcę wieczora oddałem się innym uciechom…

Zanim publiczność rozpierzchła się po zakamarkach Fortów, na scenie pojawił się węgierski Tegnaputan. Jako muzyk mam pewne zboczenie zawodowe: jestem w stanie ocenić repertuar zespołu już po samym wyglądzie jego członków, po tym jak trzymają instrumenty i jakie są to instrumenty. Intuicja nie zawiodła mnie i w tym przypadku.

Na scenie pojawiło się dwóch gitarzystów z agresywnie wyglądającymi gitarami, spokojny, jakby nieco „z boku” basista w czapce z daszkiem (tak, to ważny detal!), perkusista siedzący za sporym zestawem blach oraz…skrzypek. Po takiej mieszance można było spodziewać się jednego – progresywnego metalu. Ze skrzypcami. I progresywny metal to był. 
Zaczęło się ciężko. W głowie wybrzmiewało „dlaczego???”, a widząc przerzedzającą się publiczność zrozumiałem, że to nie tylko moje własne myśli. Dopiero na koncercie Tegnaputan zgasło żółte światło do tej pory oświetlające (i ocieplające) scenę. Rozbłysły niebieskie reflektory. Nastał mrok i chłód.
Kilka utworów zajęło mi przestrajanie się ze stosunkowo delikatnej przecież przestrzeni zbudowanej przez Oh Ohio, See-Saw i Don’t Ask Smingus do nieco ordynarnej przebojowości promowoanej przez Léha – wokalistę i gitarzystę Tegnaputan. Słysząc po każdym utworze przeraźliwy krzyk „thank you” nie mogłem poczuć się inaczej jak na wiejskim festynie (tak, mimo mroku i niebieskich świateł). Jednak…coś drgnęło.

Z każdym utworem brzmienie poprawiało się, a kolejne osoby zanurzały się po szyję w muzyce węgierskiego kwintetu. Początkowe wrażenie, że dzieje się tak z przyczyn czysto kurtuazyjnych zaczęło ustępować mojemu własnemu kiwaniu głową i tupaniu nogą – jeśli było to tego wieczora pożądane, to właśnie tutaj i teraz!

Po chwili było jasne, że po przedarciu się przez warstwę pierwszego wrażenia, w muzyce Tegnaputan można znaleźć dużo więcej niż niezrozumiałe pasaże niewyżytych instrumentalistów, których spodziewałem się po progresywnym metalu, a które, ku mojemu zdziwieniu, były praktycznie nieobecne. Obecny był za to solidny, plemienny wręcz rytm poparty niskim brzmieniem basu; może nie wirtuozeria, ale solidna folkowa baza w postaci skrzypka, który okazał się nie być ledwie ozdobnikiem kapeli, a członkiem na równych prawach z Léhem (nie licząc może roli konferansjera – na szczęście). Również gitarzysta rytmiczny czający się w czeluściach fortowej sceny miał swoje pięć minut. Początkowo lekko drażniący wokal zlał się z zespołem stając się wręcz kolejnym instrumentem…I tak oto nastał koniec koncertu.

Wrażenia? Mimo wszystko pozytywne. Nie był Tegnaputan najmocniejszym punktem Fortified. Daleko mu do uroku formacji otwierających wieczór. Daleko mu do integralności i pewności siebie Don’t Ask Smingus. Jednak w jakimś, ciężkim, progresywno-metalowym sensie, postawili kropkę po całym, wielokrotnie złożonym zdaniu z licznymi dygresjami.

Jeśli ktoś postanowił wytrwać do tego momentu, z pewnością będzie potrafił docenić, nie tyle może sam Tegnaputan, co całe wydarzenie. Okazał się bowiem Fortified eventem spójnym, o konkretnym przekazie: dobrą muzykę w Polsce, Irlandii, Wielkiej Brytanii, Stanach czy na Węgrzech, mimo różnych brzmień i inspiracji, nadal daje mierzyć się tym samym – uczuciem lekkości i zadowolenia po udanym koncercie.

Michał Wójcik (Krakowska Scena Muzyczna)

Więcej zdjęć w GALERII NA FB

Komentarze

Powered by Facebook Comments