Dwa lata po pierwotnej premierze Something Of an End i niewątpliwym sukcesie albumu, szczegółowe ocenianie go i opisywanie utwór po utworze może zakrawać na banał, a nawet lenistwo. Dlatego pozwolę sobie dotknąć temat nieco szerzej.

Po szeregu recenzji, publikacji i naprawdę udanych koncertów, zapewne każdy z Was zna już historię o młodym zdolnym człowieku-orkiestrze, o albumie nagranym na własną rękę, w domowym (a raczej „mieszkaniowym”) studiu, o teledysku z Ryśkiem z Klanu i zasłużonych wyróżnieniach. Czas i pochlebne komentarze przyniosły ponowne wydanie krążka w barwach Kayaxu, wytwórni będącej – jakby nie patrzeć – najmocniejszą firmą w polskiej alternatywie. Wydanie poszerzone o DVD z zapisem koncertu. Nie byle jakiego koncertu, wszak nie każdy artysta, zwłaszcza debiutujący, ma szansę wystąpić w Małopolskim Ogrodzie Sztuki. I to przy pięknej oprawie wizualnej, z poszerzonym składem. Świetny, przyjemnie zmontowany, atrakcyjny suplement do – bardzo udanego przecież – albumu.

Something Of an End nadal brzmi świeżo. I to nie jest kwestia opierania się modzie i trendom. To raczej kwestia stania z boku, wytyczenia własnej ścieżki. Jasne, gitary akustyczne, delikatne wokale, folkowe aranżacje z domieszką elektroniki już były, ale – przynajmniej w Polsce – nigdy w takiej jakości. Na przestrzeni tych dwóch lat zmienili się moi faworyci na Something Of an End. Zmieniło się moje odbieranie całej płyty. Klawiszowe Slowly oraz singlowe Bubbles wtedy przyciągały najbardziej. Po jakimś czasie ustąpiły miejsca rozbudowanemu, progresywnemu Exiles Always Come Back oraz ulubionemu w zestawie POV. Klamra w postaci początkowego Finally I’m One i końcowego Finally We’re One też czekała na swój moment. I się doczekała.

To ciekawie różnorodny, a w swej różnorodności równy krążek. Wracam do niego regularnie, choć z reguły przypadkiem. I nie zawodzi. Sprawdza się w sobotę o poranku, popołudniami przy domowych pracach, jak również wieczorem, gdy prezentuję go na falach eteru. Piękna, delikatna melancholia, rozmarzenie i lekkość. Islandzkość, amerykańskość, ale i polskość. Nie ma tutaj słabej kompozycji, jest raczej poczucie, że pomysłów było więcej, a nie było gdzie ich rozwinąć. Ale to taki przyjemny niedosyt, każący czekać na więcej.

Na Patricka, czy też Piotrka, nie można jednak patrzeć tylko przez pryzmat albumu. To by było zbyt banalne. Ze świecą szukać tak zżytego z krakowską sceną i aktywnego muzyka. Album nagrał i wydał na własną rękę, tylko jakością muzyki zdobywając zainteresowanie fanów, krytyków i wreszcie dużej wytwórni. Obok swojego projektu i promujących go koncertów, Piotr wspiera m.in. Inqbatora (z którym gra i nagrywa), występuje z Kubaterrą, a ponadto jest obecny pod sceną. Widzę go prawie na każdym koncercie, na który sam się wybieram, zawsze z kimś rozmawiającego, uśmiechniętego, pomagającego. Aż ciężko uwierzyć, że to ten sam człowiek, który nagrał jeden z najładniejszych polskich albumów ostatnich lat. Że może być tak skromny i, po prostu, „normalny”.

Kilka dni przed premierą drugiego albumu odczuwam ciekawość i mam spore oczekiwania. Ale nie obawiam się o jakość tego materiału. To będzie dobre. Piotrku, zapewne nie pamiętasz mojej twarzy ani imienia, ale wiedz, że uważam Cię za pozytywnego bohatera krakowskiej muzyki i chciałbym kiedyś, np. przy piwku, móc powiedzieć Ci o tym osobiście.